bielski blog

Twój nowy blog

Jak już wcześniej pisałem, mieszkanko składa się z dwóch pokoi + łazienka przechodnia:

mieszkanko

Jak widać, jestem w posiadaniu stylowych poduszek w serca, narzuty z tygrysem oraz telewizora z naklejkami:

mieszkanko

Popielec

2 komentarzy

W środę jak zobaczyłem dwójkę ludzi z czarnymi kropkami na głowie pomyślałem …sekta …albo chcą być bardzo fajni. Tutaj w środę popielcową człowiek udaje się do Kościoła, gdzie na środku stoi taca z popiołem i „pieczątki”. Zwyczajowo odciska się sobie (samoobsługa) znak krzyża na czole. Późnym wieczorem co trzecia osoba miała znak krzyża na czole, ja też.

Popielec

18.02.2010 dzień 4.

Autobusy! Ponieważ
cierpię na zaawansowany brak samochodu zacząłem namiętnie używać
komunikacji miejskiej. Oczywiście co po niektórym cisnęły
by się na usta magiczne słowo Renoma, spóźnienia i takie
tam negatywy… Ale nie. Renoma niepotrzebna, gdyż wsiadając do
autobusu (tylko z przodu przy kierowcy) należy uiścić opłatę,
jednakże wszystko w kulturalnej atmosferze, jak mam zajęte ręce
siatkami, to idę położyć siatki na krzesło i wracam z opłatą,
nikt nie pogania, nikt nie krzyczy… czasami wręcz płacę
wysiadając… czasami wysiadając-zapominając o zapłacie-i
ponownie wsiadając. Pomimo wszystko, nikt się nie drze. A propos
opłat, tak jak wspominałem, tanio… troszeczkę ponad 1zł za
przejazd do końca linii, 80gr ulgowy… Dzisiaj rozwalił mnie fakt,
iż autobus można zaktrzymać wszędzie i mam na myśli wszędzie.
Np. dzisiaj udało mi się zatrzymać autobus na środku skrzyżowania
przechodząc na czerwonym przez przejście dla pieszych przez główną,
trzypasmową drogę zawaloną samochodami. …A może to to
politowanie, że biały nie wyrabia na piechotę? Także,
sprawdziłem, zatrzymać się/wysiąść można wszędzie. Nie
powoduje to opóźnień wielkich, bo autobus zatrzymuje się
dosłownie na 3 sekundy.

kobieta za kierownicą, można? można!

pimp my taxi

 

Tęsknię za szybszą
jazdą… jednakże wystarczy trafić na żwawszego kierowcę i
poczujemy się jak w wagoniku z wesołego miasteczka… Człowiek
lata na zakręcie, wymijanie się z innymi uczestnikami ruchu na
zapałkę, zmiana biegów tak szybka, że ma się wrażenie, że
pod maską jest wielobiegowy silnik elektryczny …jednym słowem
cud, miód i orzeszki. Raz natrafiłem na Panią kierownicę i
pełen szacunek, weszła w zakręt 90 stopni bez hamowania przy 40 na
godzinę…

Mejor telcel! …czyli
powrót bandy anczy. Tak, tak… kupiłem modem+kartę sim oraz
kartę sim do rozmów. Zatem mam dostęp do internetu w
mieszkanku, co mnie cieszy. Nie cieszy mnie natomiast fakt, że za
rozmowę płacę 1zł/min, a co gorsza naliczanie jest minutowe; sms
za 20gr. W tym mogę z wybranym numerem w sieci rozmawiać (przez
pierwsze 5 minut) za darmo, z kolejnym wybranym numerem mogę smsować
za darmo (przez pierwsze 5 znaków – żart) oraz wybrać 10
numerów w sieci, do których mógłbym dzwonić za
30gr/min. Internet 100zł/m-c. Ceny są wysokie, gdyż wszystko
kupiłem na zasadzie pre-paid, żeby nie wiązać się z telcelem na
minimum 18 miesięcy. Pozwoliłem sobie na wywód przeplatany
jajogłowym gadaniem jakoże interesuję się rozwojem sieci w Polsce
i śledzę ceny polskich operatorów od kilku lat. Ble.

!! Noszę ze sobą telefon z meksykańską kartą SIM, także proszę pisać na 0052 1 462 419 7394 (aczkolwiek mój polski numer też działa w drugiej Nokii, tyle, że nie mam go zawsze pod ręką) !!

 

Jakoże Ingrid jest
lekarzem, to odwiedziłem dzisiaj 3 szpitale… nie jest tak źle w
porównaniu z polską służbą zdrowia …ale gdzie jest?
Krótko: biało-zielono. Cokolwiek. Szpital.

Grunt, to brak żyły PE…chyba sobie kupię lokalny zasilacz…

chyba kupię drugi zasilacz na 120V

 

Saludos.

15.02.2010 dzień 1.

Wszystko zaczęło się
o 4 rano. Na lotnisku byłem o 5 z groszami, bez kolejki, bez
problemu. Nowością był fakt, że wydrukowano mi kartę podkładową
na ostatni – trzeci lot z Meksyku do Leon (pierwszy pls dla KLM, ale
o KLM`ie więcej później). Spotkałem przypadkiem parę
lecącą także przez Amsterdam do Meksyku, także było raźniej.

Lot do Amsterdamu.
Holenderski jest najśmieszniej brzmiącym językiem jaki znam.
Jakbym słuchał kosmity. Wychodząc z samolotu pozwoliłem sobie
zauważyć ów (subiektywną) cechę dzieląc się opinią ze
stewardem. Zaowocowało to „poradą dnia” abym się udał do
centrum miasta pociągiem, gdyż kupno biletu i podróż trwają
meksymalnie 20 minut w jedną stronę. Tak też zrobiłem. Z tą
różnicą, iż całość trwała 15 minut…

Chciałbym nadmienić,
że lotnisko w Amsterdamie jest tak znakomicie oznakowane, że
pozwoliłbym przez nie samotnie podróżować mojemu
dziesięcioletniemu synowi (gdybym jeszcze takowym mógł się
pochwalić…). …natomiast Amsterdam jak to Amsterdam, chłodno,
głodno i czerwona dzielnica, jednym słowem chciałbym móc
tam kiedyś zamieszkać na kilka miesięcy.

Samolot o 14:40… czyli
wielka loteria pt.: „koło kogo będzie mi dane siedzieć przez 12
godzin”. Trafiłem w sam środek, tj. miałem miejsce F jak Fsamym
środku. Po lewej młoda Meksykanka, zazdrościłem jej, że umiała
przespać jedenaście i pół z dwunastu godzin lotu. Po tej
drugiej lewej koleś, który mówił po angielsku, jak
się później okazało Francuz. Jednakże jak się później
później okazało, ożeniony z Meksykanką. Hmmm… …12
godzin lotu zleciało (stylistyka na 5+) bardzo szybko. Na koniec z
Francuzem wymiana zdjęć z komunii i w długą.

Urzędnik od migracji na
granicy… okazało się, że ten sam co za poprzednim razem (poznał
swój podpis przy moim trzecim wjeździe do kraju). Szybko,
miło i uprzejmie… Znajomość hiszpańskiego w Meksyku to
podstawa. …czekanie na ostatni lot i zmęczenie dało się we
znaki, w końcu była 4 rano polskiego czasu.

W samolocie jakże
wielkie zaskoczenie, spotkałem mojego zioma z Bremy, który
był w drodze we wiadomym celu. Agustin pomógł mi zabrać się
z lotniska w Leon do Irapuato, szczęście tego meksykańskiego
wieczora (a polskiego poranka) mi sprzyjało. Dodam tylko, że
doleciały ze mną moje wszystkie dwie walizki, czego nie można
pominąć.

Hotel w Irapuato,
nocowałem tam po raz pierwszy, ładnie i schludnie, jak to w hotelu.
Ważne, że internet był …za darmo. Wieczór sponsorowały
liczby 27 jak 27 godzin podróży i literka S jak SPAĆ!

16.02.2010 dzień 2.

Jajecznica.

Każdy kto był w
jakimkolwiek hotelu sieci Holiday Inn Express w tej części Meksyku
rozumie znaczenie słowa z poprzedniego akapitu. …także najadłem
się po pachy i wyspałem, y, w odwrotnej kolejności.

Spotkałem kilka
znajomych twarzy ze wcześniejszych wyjazdów do Meksyku, ależ
byłem uśmiechnięty. Udało mi się zagadać, żeby za darmo
zawieziono mnie hotelowym busem na miejsce, tj. do domu Ingrid (w
razie jakbym tego jeszcze nie napisał: znajomość języka w Meksyku
to podstawa). Ostatnie chwile podróży busem (oczywiście
Toyota) umilił Cafe Tacuba grający w radio.

Dom. Jestem na miejscu.
W końcu. Po 3 miesiącach. To jest ta chwila. Pukam, ciiisza…
Okej, jeszcze raz, ustalmy fakty: jest 16. lutego, wtorek, powinienem
być tu i jestem, a nikt nie otwiera… cóż… no to wchodzę
sobie sam. Pusto. Dom pokaźnych rozmiarów, tyle, że…
pusty. Wołam – nic. No doobraa… Zostawiam moje 2 x 20 kg + 8 na
podłodze w jadalni i idę na piętro. Cztery pokoje… tylko jeden
otwarty, wchodzę. Pusto. Zaraz… ktoś śpi w łóżku,
przykryty kocem, cała sylwetka (coś a`la zwłoki przykryte kocem).
Drogą dedukcji i oceny wielkości sylwetki doszedłem do wniosku, że
jest to śpiący najmłodszy brat Ingrid, którego nie miałe
okazji wcześniej osobiście poznać. Zawoławszy go po imieniu
obudzony powitał mnie z uśmiechem na twarzy (wiadomo, obcy ktoś,
kto budzi ciebie ze snu w twoim pokoju to norma …y?). Taurino
zaprowadził mnie do pokoju Ingrid, śpiącej Ingrid. Dobra, budzimy
kolejnego domownika… Obudziła się. Tutaj pominę ten moment, ale
tylko zaznaczę, że radość z powodu ujrzenia mojej osoby przerósł
moje najśmielsze oczekiwania.

Wtrącę, że nękały
mnie myśli tzw. „pierwszego wrażenia”, tj.: nie wiedziałem jak
zareaguję, a może osoba, za którą tęskniłem tak naprawdę
jest inna, niż sobie to wyobrażałem, a może to nie jest to, a
może… i tak do upadłego. Powiem tak: bezpodstawnie, co więcej -
fakt, że wróciłem, przeniósł naszą znajomość na
inny poziom. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły jak
wylądała dalsza część tego dnia, ale krótko, dwa słowa:
warto było.

Mieszkanie… w Meksyku
wynajmuję sobie dosyć powiedziałbym kozackie gniazdko, gdyż jest
to mieszkanie, taka jakby kawalerka (jakby, bo są 2 pokoje, a jakby
jeden) z sypialnią, łazienką i przedpokojem, który wg mnie
jest jadalnio-gościnnym przedpokojem. Duże okna, dużo światła.
Sąsiedztwo szkoły powoduje, że nie jest śmiertelnie cicho,
delikatnie rzecz ujmując. Widok z okna pozytywny. Jakoże mieszkanie
znajduje się na trzecim piętrze, a takich budynków w
Irapuato jest jak na lekarstwo, widzę sporą część miasta. Nie
mam na horyzoncie podobnie wysokiego budynku, który by mi
zasłaniał widok. Na chwilę obecną mogę pozytywnie się o
mieszkanku wypowiedzieć.

17.02.2010 dzień 3.

Pierwsza noc w Meksyku
(poza hotelem) pomyślna. Czas zrobić zakupy pt. ściereczki i
sztućce plus jedzenie (dodam, że mam lodówkę na kwadracie).

Pozytywną rzeczą jest
fakt, że mieszkam prawie że w centrum Irapuato i na piechotę mam
10 minut do wszystkich ważniejszych miejsc. Jednym z nich jest sklep
Mega, który, jak sama nazwa wskazuje oferuje Mega dużo
ostrych sosów na bazie papryczki Habanero, co, delikatnie
rzecz ujmując, ucieszyło moje oczy. Kupiłem całe Mega mnóstwo
mnóstwości i przy kasie, podczas pakowania, zdałem sobie
sprawę, że nie mam samochodu. Parafrazując mojego kolegę z pracy,
poczułem się jak Neandertal (przy okazji pozdrawiam kolegę). Tak
więc mam 10 minut do domu, dam radę.

Właśnie:
przemieszczania się. To jest jakieś nieporozumienie. A dokładniej,
nieporozumieniem jest, że przy takich samych (mniej więcej)
zarobkach, w Polsce płacimy całe 3 zł (w Gdańsku) za jednorazowy
przejazd. Tutaj płaci się złotówkę (w przeliczeniu). Co
więcej: autobus można zatrzymać w każdym miejscu, jak taksówkę
i w niemalże każdym opuścić. A propos taksówek: 5 zł w
obrębie miasta i mam na myśli miasta trzykrotnie większego
powierzchniowo niż Gdańsk. …Dziękuję.

Zadanie na teraz to
zakup karty SIM typu pre-paid u meksykańskiego operatora sieci
komórkowej oraz internetu na podobnej zasadzie.

Dodam, że napotkałem
jeszcze pod drodze kilka meksykańskich smaczków, które
zacząłem inaczej postrzegać z kilku względów: czwarty raz
w Meksyku, (jakaś) znajomość języka oraz bliższa znajomość z
tubylcem. Wszystko to spowodowało, że rzeczy uprzednio dziwne
dziwne być przestały, dlatego nawet nie wiem jak je opisać.
…Chociaż kiedy przechodziłem obok pobliskiego posterunku policji
i widziałem ekipę uzbrojoną niczym 8 osobowy „team” w Counter
Strike`u zrobiło mi się odrobinę …gorąco?… od odgłosu
przeładowywania shotguna. Kling Klong (i w głowie pojawiło się
„Cok Bak The Hammer it`s time for action…”).

Saludos.


  • RSS