bielski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

A
zatem… piłka była umówiona o 9 rano w sobotę. Pierwsze
co… ile czasu potrzebuję, żeby tam dotrzeć z mieszkania?
Samochodem na oko jest to 10-15 minut …ale ja nie mam samochodu.
Ok, więc budzę się, wykonuję „standardowe_poranne_czynności.exe”
i wychodzę z domu. Dałem sobie 1,5 godziny na dotarcie.

7:30
wyjście

7:40
byłem na głównej drodze, poprzez którą jeżdżą
odpowiedniki polskich PKSów. Plan był taki, żeby zatrzymać
jakikolwiek, który jedzie na północ (ewentualnie się
zapytać, czy faktycznie jedzie do Getraga, czyli w kierunku mieściny
Aldama, Silao, Leon).

7:41…
nic

7:45…
nic

7:50…
ej, co jest? Czemu nic nie jedzie, absolutnie nic. Przecież
normalnie w ciągu minuty przejechałoby z 5 autobusów… no
żesz…

7:55
ok, jestem w pierwszym jaki przyjechał autobusie

8:18
jestem na miejscu, tj przed wjazdem na teren strefy przemysłowej

8:40
powolnym, spokojnym spacerkiem (zapas czasu) docieram na miejsce

…czyli
godzina i dziesięć minut… mniej więcej tyle potrzebuję na
dotarcie na miejsce przy mało sprzyjającym wietrze.

Słońce
parzyło od samego rana. Okazało się, że nie jest to zwykła
ustawka na piłkę, ale uroczyste otwarcie obiektu sportowego. Było
dużo ludzi z rodzinami, przedstawiono mnie kilku osobom, było
bardzo sympatycznie.

Dobra..
gra. Powiem tak: widziałem lepsze dni. Nie byłem w formie. Było
osiem drużyn, podzielonych działami, ja grałem z ludźmi od
utrzymania ruchu (oczywiście), byli operatorzy, była ochrona, byli
oczywiście Niemcy (czyli generalnie rzecz ujmując, ludzie z biura).
Play-off czyli kto przegrywa odpada + mecz o 3. miejsce. Pierwszy
mecz wygraliśmy 1:0, półfinał przegraliśmy 0:1 z Niemcami
(tak wiem, Z NIEMCAMI DAŁEM CIAŁA, mogę rzecz jasna zrzucić całą
winę na fakt, że na trawie piłka jest kosmicznie szybka kiedy
lekko kozłuje nisko po ziemi, ale nie, przyjme to na klatę –
dałem ciała), mecz o trzecie miejsce przemilczę 1:3… chociaż
tyle sympatycznie, że z operatorami, ludźmi których
najlepiej znam. Było wręczanie pucharów itd. W międzyczasie
poznałem Polkę pracującą dla Getraga, tj. w Getragu, tyle, że w
oddziale w Niemczech jako inżynier budowlany, a w Meksyku
uczestniczyła w budowie fabryki jako budynku, pojawia się tu
czasami na miesiąc, coś jak myśmy się pojawiali. Miło było
porozmawiać po polsku.

14:14
Powrót do mieszkania.

Saludos.

Getrag

Brak komentarzy

Staram
się o posadę „utrzymania ruchu” w tejże fabryce. Nie chcę zapeszać,
więc nie będę pisał wiele więcej.

Dodam
tylko, że jak się wysiądzie z autobusu, to jakieś 1700 metrów
prostej, czyli jedna około mila …tylko jakiegoś lambo czy innego
Z-06 brakuje …ehhh… (ale VW Bora 2.5 V5 dawała w listopadzie radę).


 

Przed
chwilą przejeżdżał pociąg, to korzystając z okazji cyknąłem
kilka fotek. Taki pociąg wygląda masywnie zwłaszcza jak przejeżdża
blisko nas.


ps. jeżeli ten budynek nie jest „charakterystyczny”, to ja nie wiem co to jest charakterystyczny budynek

Okolica

Brak komentarzy

Kilka
kolejnych zdjęć z mojej okolicy, tak jak sobie spaceruje (m.in. z
Ingrid). To zaczynamy: zdjęcie pierwsze: śmiesznie
przycięte drzewka miniaturki w bankowej części Irapuato, nieliczne
wysokie budynki w mieście;

zdjęcie
drugie: czasami zdarza się taka chwila, że bardzo ruchliwa ulica
zamiera na 20 sekund… proszę zwrócić uwagę na takie małe metalowe bobki w osi jezdni – jest to bardzo popularny sposób uwydatniania podwójnej ciągłej, czy jakiejkolwiek innej ciągłej, której nie powinniśmy przekroczyć… o ile w pickup`ie czy jakimś 4×4 nie stanowią większego problemu, tak z oponą na profilu 50 i mniej zwolniłbym znacząco przed ich przekraczaniem;

zdjęcie
trzecie: boisko, na którym grałem z braćmi Ingrid w piłkę,
hybryda piłko_nożno-koszykówkowa, wszystko wykonane na
przyzwoitym poziomie;

zdjęcie
czwarte: okolica pomiędzy moim miejscem zamieszkania a Ingrid;

zdjęcie
piąte: cień o godzinie 14:00 …i tak krótszy niż
kiedykolwiek będzie w Gdańsku …na oko z metr.

Saludos.

Witam
ponownie,

ostatnio
nie noszę ze sobą aparatu, więc większość zdjęć będzie
jakości „komórkowej”, czyli poglądowej. Zaczynamy od
wyglądającego niepozornie dania, które w Meksyku jest bardzo
popularne, a zwie się chilaquiles. Jest to mieszanka chrupiących
tortilli i salsy posypana serem (takim strasznie twardym serem…
należy ów ser rozkruszyć palcami, już docelowo przed samym
spożyciem posiłku). W zwyczaju jest łączyć ją z jajkami np.
sadzonymi. Potrawa nieziemsko pyszna w swej prostocie, powaga,
rozpływa się w ustach… (ps. Tutaj wtrącenie do ziomów z
projektu Getrag Mexico: to jest to samo, co było w hotelu, to
zielone z nachosami i serem co się posypywało i było niedobre.
Naprawdę ważne jest kto przygotowuje jedzenie!)

W
piątek owoce morza. Poprzez owoce morza mam na myśli pulpę czyli
ośmiornicę (którą jem po raz drugi w życiu; pierwszy w
wakacje 2007), krewetki, ale trochę inne w smaku (takie bardziej
jakby z „wody”, w sensie ma taki morski, tj oceaniczny posmak…
nie wiem jak to opisać, z każdym kęsem jestem uświadamiany, że
jem coś co pływa w wodzie) i wielkości (tj. większe niż te mi
znane z Polski), pocięte wzdłuż papryczki jalapeno (takie jakby
surowe, nie z puszki, co potęguje ich ostrość… nie trzeba było
już dodawać żadnej salsy), cebulę (ostrość ponownie
spotęgowana). Całość spoczywa na filecie z …i tutaj przyznaję
się bez bicia, że nie znam się na rybach… z ryby. Danie sycące,
konkretne, ostre, podane zostało z bagietką pociętą na małe
kawałki i limonkami do skropienia po całości. A… ośmiornica
smakuje jak coś co się nazywa „pulpa”… bo jest tak dziwnie
miękko-twardo-mokro/ślisko-sucha.

W
przerwie pomiędzy meczami (o tym więcej później) poszedłem
po „żarcie”, tj. zawsze tak nazywam posiłki serwowane z
tymczasowej budy. Żarciem były mniejsze (chodzi o średnicę)
tortille z mięsem z kurczaka, polane sosem z czerwonych papryczek,
albo sosem zielonym z nie pamiętam czego, grunt, że mniej ostrym.
Tradycyjnie całość do skropienia wyciśniętym sokiem z limonki.
Smakowało jak kebab …czyli „żarcie z budy”. I nie mówię, że źle …po prostu mało wykwintnie.

Będąc
na spacerze z Ingrid zaszliśmy do cukierni i zaproponowawszy coś
słodkiego (nie licząc baton`a) wybrała „gelatina de leche”,
czyli galaretkę pomieszaną(?) z mlekiem …do wyboru są zwykłe, o
smaku owocowym, kolorowe i właśnie mleczne, białe, smakujące
…mlecznie. Całość się przekomicznie trzęsie (fast forward…blblblblbllblb
pozdrawiam załogę z Bremen, Getrag Italy).

Jutro napiszę coś więcej, bo padam na pysk …się wiele rzeczy działo. Z rana gram w piłę z lokalnymi (jest ustawka z operatorami z fabryki, w której pracowałem wcześniej), zatem muszę godnie reprezentować nasz kraj.

A dzisiaj było okropnie ciepło, jak w nasze ciepłe lato, czyli coś 25-27… Saludos.

Aga miała rację, plus za spostrzegawczość. Chodziło o kolibra. Nie będę wspominał jak trudno było go uchwycić w kadrze, bo zasuwa skubany niczym mucha…


…czyli jak pewnego razu zachciało mi się papryczek z puszki.

Pewnego razu
na obiad …pulpety …tyle, że z jajkiem w środku. Jak zwykle,
bardzo smaczne (pozdrowienia dla mamy Ingrid). Buen provecho!

Tak,
dokładnie tak! Straciłem dziewictwo, spędziłem noc z nachosami,
prawdziwymi meksykańskimi nachosami, w końcu! Dla Ingrid co prawda
był to tylko kolejny(?) wieczór z chipsami (chciałoby się
rzec, to tak jak bym w Polsce się podniecał Lay`sami…) i filmem
na DVD.

A więc:
dziewczyny, czyli Ingrid, siostrę Ingrid – Yazmin, mamę Ingrid i
koleżanki Ingrid (Ana i nie pamiętam imienia drugiej) wzięło na
oglądanie jakiegoś amerykańskiego filmu klasy B i nachosy. Ok,
udaliśmy się taksówką do sklepu (mojej MEGI) na zakupy:
chrupkie kukurydziane chipsy, czyli nachosy (jakiż zdziwiony byłem,
że nie były, jak wszystkie u nas, trójkątne, tylko
okrągłe), ser w takiej specyficznej leistej formie oraz papryczki
jalapeno (porkrojone w plasterki z myślą o dodaniu ich właśnie do
nachosów – stąd nazwa na puszce). Oczywiście ja sobie
jeszcze dorzuciłem do koszyka „Monsterka” (pozdrawiam
commissionerów z projektu Irapuato).

Mały garnek
wstawiamy na ogień i wlewamy ser, który zaczyna się grzać
…nie chodzi o zagotowanie go, tylko o podgrzanie i nadanie
specyficznej, trochę gęstszej konsystencji.

Nakładamy
więc chipsy na talerz, polewamy serem i dodajemy papryczki (nie
dodajemy salsy). PALCE LIZAĆ!

nachos!

ps. Ingrid
po drodze kupiła coś w rodzaju bobu (nie pamiętam nazwy) polanego świeżo wyciśniętym sokiem z
limonek, sosem salsa (nie muszę zaznaczać, że ostrym), posypanym
jakąś ostrą przyprawą i solą. Bardzo smaczne, lecz jej to smakuje
jeszcze bardziej.


  • RSS