bielski blog

Twój nowy blog

Przylot do Meksyku po raz kolejny (nie chcę używać słowa powrót, aczkolwiek w polu „miejsce zamieszkania” w papierach podaję Irapuato…)


Przygotowujemy salsę do obiadu… tak proste jak to może być: pomidor i 3 chile Serrano…




Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich ode mnie i Ingrid
…ze słonecznego Irapuato (27 stC)

Zachorowało mi się (znowu) i udałem się (po raz pierwszy) do lekarza pierwszego kontaktu. Tutaj to funkcjonuje w taki sposób: Jest sobie szpital IMSS, czyli Instituto Mexicano del Seguro Social i w tymże szpitalu są tak zwane „konsultoria”, jest ich tak na oko 30 i każda osoba jest na stałe przypisana do jednego (na konkretną zmianę: poranna lub popołudniowa). Ja jestem przypisany do #1 na rano. Tak też się udałem do mojej „jedynki” i pani mi powiedziała, że pierwszy wolny termin zobaczenia się z lekarzem to sobota (a dodam, że było to we wtorek). To mówię jej, że w sobotę to już nie ma z czym wracać i że nie poszedłem do pracy dnia poprzedniego z racji zapalenia zatok (z którymi to się udałem do IMSS). Skierowała mnie do „Jefatury” czyli Kierownika Zmiany i ten po krótkim wywiadzie powiedział mi, żebym poczekał do końca zmiany. No to sobie posiedziałem, nie tak z kolei długo bo jakieś 2-2,5 godziny. (Dodam tylko, że atmosfera w poczekalni jak w każdym polskim publicznym szpitalu, ni mniej ni więcej) Dostałem antybiotyk i 4 dni zwolnienia (co w praktyce oznacza, że mam 4 dni wolnego, wracam do pracy na jeden dzień (a tak właściwie noc, bo nocna zmiana) i znowu 2 dni wolnego). Już trochę zapomniałem co tam w pracy, bo wizyta w Polsce, potem tydzień przestawiania się na czas meksykański, potem szkolenie, a teraz zwolnienie (ale ze mnie pracownik, co nie?:P). Obecnie żyję w polskiej strefie czasowej, bo śpię od 17 do 24 czasu lokalnego, co muszę zmienić (rzecz jasna).
Pozdrawiam serdecznie i zdrowia Wszystkim życzę.

12

Brak komentarzy

Wróciłem z Niemiec. Wszystko się udało. Nie zabrali mi prawa jazdy w Niemczech :D (to już coś), przwiozłem smakołyki (Yazmin, siostra Ingrid, która nie bardzo może jeść czekolady ucieszyła się z tych 8+ kilo żelków (dokupiłem jeszcze 3 paczki na wolnocłowym)), a torby dotarły.
Latanie 2 razy do Europy w ciągu miesiąca jest męczące. Po powrocie z Polski ten wyjazd do Niemiec przyszedł niespodziewanie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że człowiek dziennie jest w stanie „nadgonić” dwie godziny różnicy czasowej dziennie. Więc jak już się przestawiłem na GMT+1, tak znowu a piać od nowa.
Odwiedzając Autostadt natknąłem się na ciekawą symulację. Otóż w dziale „ekologicznych bzdur” można było na pulpicie dokonać kilku wyborów opisujących nasze codzienne życie (powierzchnia mieszkania, ilu lokatorów, zużycie prądu, ogrzewanie, transport publiczny itd.), na podstawie których obliczano, czy zużywasz zasobów odpowiadających jednej osobie, czy np. 10 (jak w USA). Aczkolwiek okno wyboru wartości nie było otwarte nazbyt bardzo (typu: liczba współdomowników od 0 do 999), tylko odpowiednio zawiężone. Rozbawiła mnie natomiast różnica światów: europejskiego i latynoskiego przy pytaniu „Jaką temperaturę ma wnętrze domu w czasie zimy”, a minimalna wartość do zaznaczenia to …12 (stopni Celcjusza). W Meksyku nie ma ogrzewania, więc jak na tworze o 4 rano jest 6 stopni, to w domu także jest mniej więcej tyle (a na pewno nie 12). Że tak człowiek mógłby siedzieć cały czas w jednym miejscu i nigdy sie nie dowiedzieć, jak żyją mieszkańcy innych półkul. (zapamiętać: muszę kupić śpiwór o zakresie temperatury użytkowania 0-10)
Ogólnie po powrocie z Niemiec jeszcze siedzi mi głowie obraz niewyobrażalnej różnicy poziomu życia. OK, znałem i Niemcy i Meksyk wcześniej, ale tak z dnia na dzień, to trochę szok. Chociaż wg moich obliczeń to uroda Niemiek jest odwrotnie proporcjonalna do zarombistości niemieckich samochodów (albo ogólnie samochodów jakie można spotkać na niemieckich drogach). W Meksyku zależność jest identyczna, z tą różnicą, że samochody tutaj są w bardzo bardzo opłakanym stanie …więc na każdy taki zdezelowany samochód przypada jedno bóstwo (dodam tylko, że kolega z Meksyku, z którym byłem na szkoleniu za naszą zachodnią granicą, czasami (jak i ja z resztą) miał problemy z odróżnianiem płci napotykanych po drodze osób). Tak samo dziwnie się mój ów kolega czuł przez bite 8 dni bez słońca. Co w Meksyku się zdarza raz na jakichś milion lat.
I tymże słonecznym akcentem idę jeść tamale. Adiós!

Jutro sproboje wwiesc do Meksyku (poprzez USA) prawie 8 kilo koki …tj zelkow. Coz, jedno i drugie potrafi uzaleznic. Tak na marginesie: zakup malej walizki jako nowa forma bagazu podrecznego to strzal w 10. Pojemne to, a prawie nikt tego nie sprawdza (tj wagi nie sprawdza …mam nadzieje, ze jutro ta zasada sie potwierdzi). W ogole to jakas dyskryminacja, bo z tego co widze, to mezczyzna moze miec 1 podreczny i 1 w luku do 23kg, a kobieta to samo PLUS „torebke” na „damskie rzeczy” (czy cokolwiek kobiety w tych swoich torebkach gromadza). No dobra, sek w tym, ze ta „torebka” to czasami kolos wielkosci mojego plecaka. Ktorej w dodatku nikt nie wazy. Meksyk z tym limitem 23kg… 6 lat temu jak za ocean lecialem to 32kg z tego co pamietam mozna bylo …a jak sie tak zastanowie to i 2 walizki jeden czlek przytaszczyc mogl. No coz, najwazniejsze, to trafic sprzyjajaca osobe przy nadaniu bagazu, bo raz mi jeden koles z KLM kazal podreczny zwazyc …a to mi psikusa zrobil.

A propos, to czy mi sie tylko tak wydaje, czy tez prawda jest, ze Polacy (generalizuje) ukrywaja sie ze swoja polskoscia w Niemczech? Ktos cos slyszal na ten temat?

Z innej bajki: dzisiaj poznalem Rumunke (obywatele Rumunii, to Rumuni? – sic!) w Autostadt FauWejowskim i musze przyznac, ze zaskoczony bylem faktem, iz jezyk rumunski jest bardzo podobny do hiszpanskiego (chociaz, jak tak sie zastanowilem dluzej niz przez chwile, to przeciez jezyk rumunski moze miec cos wspolnego z jezykiem romanskim – sic times two!), (przy okazji to pozdrawiam Adama i jego rodzine, to tak jak przy romanskich jestesmy).

Jak widac nudzi mi sie, ide spac. Trzymac kciuki za Haribo. CzuuuuUUUUuusss.

Nowe postanowienie: nauczyc sie szprechac, w koncu do mnie doszlo, ze byc moze byloby to uzyteczne.

OK, zostalo powiedziane, teraz sie nie wymigam. CZYUUUS!

 

Wczoraj
wróciłem z pracy na tyle zmęczony, że zasnąłem nad laptopem
pisząc wczorajszy wpis, a jako że nie podłączyłem się do sieci,
to laps padł i pisanie też przepadło. Praca w Meksyku naprawdę
jest wyczerpująca… ja np. pracuję w tym tygodniu 51 godzin (6 x
8.5h) (zmiana popołudniowa) i potem mam dwa dni przerwy.

Nie
mniej nic tak nie relaksuje jak partyjka Carcassonne. Polecam także
„Polowanie na robale” (praktycznie gra w kości). Wieczorem
obczajamy z Ingrid pokera (który przyczynił się do przeszukania
bagażu podręcznego na każdej bramce …no ale kto wozi kompletny
6-kilowy zestaw pod pachą w samolocie?) …swoją drogą ów poker
kosztował moich kolegów z pracy kilka litrów wódki, która już
się po prostu nie zmieściła. Dobra, idę robić mielone…

 


Czyli w tą niedzielę po raz kolejny wysyłają mnie do Niemiec na
szkolenia. A najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że właśnie
co
wróciłem z Europy. Ta zmiana czasu to istny mindfuck.



ps. zaczynam (po raz nie wiem który) naukę naszego ulubionego ponad
wszystkie niemieckiego.


W Meksyku uświadamiam sobie jak dobry jest polski chleb i chrzan. Nasze specjały to coś niesamowitego. Koniecznie muszę się
nauczyć (czytaj: przeczytać przepis) lepić pierogi i inne żurki,
chociaż z tym żurkiem bez „bazy” to może być trudniej…


Aczkolwiek tutaj także daje po oczach smakowitość dostępu do
świeżych owoców. Żaden sok pomarańczowy z kartonu, czy jakieś
MarWity nie mogą się równać ze świeżo wyciśniętym sokiem z
pomarańczy z tego sezonu (sezon na pomarańcze właśnie się w
Meksyku rozpoczął). …dodam tylko, że wszystko praktycznie w cenie wody.


A… bym był zapomniał: tak jak uwielbiałem jedzenie z
meksykańskiej restauracji Pueblo w Gdyni (ponoć są też w
Gdańsku), to jak poznałem smak oryginału, bezpowrotnie zrezygnuję z prawie_jak-meksykańskiej kuchni z trójmiasta. Bo chile musi być
ostre, a tortilla musi być z kukurydzy… i tak powiem.



Frío

2 komentarzy

W
Meksyku jest niemiłosiernie… zimno! Słońce wschodzi jak i
zachodzi bardzo szybko. Dzienne zmiany temperatury to 24 stC w dzień
i 4 stC nocy. Co najważniejsze (albo lepiej: co mnie dotyka
bezpośrednio) to, że nigdzie nie ma ogrzewania. Więc śpię pod
3-4 narzutami, a po domu chodzę w szaliku.


W
tym kontekście w Polsce nie jest wcale tak zimno, jak to sobie
lokalni wyobrażają.


Witam po sześciomiesięcznej przerwie.



{gwoli informacji: nie było mnie tu z powodu tak naprawdę podjęcia
pracy, która to ukróciła skutecznie mój wolny czas; postaram się
pisać częściej, ale ilościowo mniej}



Wczoraj w pracy umierałem ze zmęczenia, jako że latanie z Warszawy
implikuje podróż samochodem po naszej krajowej A7 (czy jak się
nazywa nasza autostrada Gdańsk-Warszawa). Dodając 2 godziny lotu do
Amsterdamu, około 11 do Mexico City i jeszcze godzinka do Leon. Ale
tak naprawdę to, co mnie zmęczyło to czekanie pomiędzy lotami (a
ściślej nocka na lotnisku w stolicy Meksyku).



Zatem kolejny (k)rok przede mną. Bardzo ważny.


  • RSS